sobota, 29 czerwca 2019

Modlitwa ,, Ojcze Nasz” modlitwą 7próśb

Często wypowiadamy słowa tej modlitwy, ale czy tak naprawdę znamy jej znaczenie? Czy rozumiemy co mówimy? Czy może dość często powtarzamy te słowa nie wiedząc dobrze i nie rozumiejąc tego co wypowiadamy?
Dziś postaram się Wam przybliżyć i troszkę wyjaśnić słowa tej najbardziej znanej modlitwy.
Modlitwy tej nauczył nas sam Jezus Chrystus kiedy Apostołowie prosili: Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów. On rzekł do nich: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawinił; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie.
  Tak więc modlitwa ta jest najstarszą modlitwą Kościoła i nie wymyśloną i ułożoną przez człowieka współczesnego a przez samego Boga.  Nazywamy ją „Modlitwą Pańską”. Jest „streszczeniem całej Ewangelii”, „modlitwą podstawową”, „najdoskonalszą z modlitw”. „Znajduje się w centrum Pisma Świętego”, „jest modlitwą Kościoła” – przypomina katechizm (KKK). „Jezus nie pozostawia nam jednak jakiejś formuły do mechanicznego powtarzania”. W jej słowach ukryta jest moc Ducha Świętego, który prowadzi nas do Ojca i uczy modlitwy.
Postaramy się teraz troszkę zagłębić w słowa tej pięknej modlitwy i zrozumieć to co wypowiadamy.
Sposób, w jaki ludzie zwracają się do siebie nawzajem, pokazuje, czy coś ich łączy, czy raczej dzieli, czy to oficjalna, drętwa mowa, czy rozmowa bliskich sobie osób. Podobnie z modlitwą. Tak jak się modlisz, tak wierzysz. Modlitwa pokazuje prawdę o jakości mojej więzi z Bogiem.  Jeśli zwracam się do kogoś, kogo kocham, to wypowiadając jego imię, patrzę mu w oczy, natężam uwagę, bo chcę w tym momencie naprawdę z nim być. Odnieśmy tę uwagę do modlitwy. Nie mogę Bogu popatrzeć w oczy, ale mogę wzbudzić akt wiary, że On, mój Bóg, patrzy na mnie. Nie modlę się do ściany, ale do żywej Osoby, nie recytuję wiersza, mówię do KOGOŚ. ,,Ojcze Nasz” jest modlitwą wspólnotową, gdyż Pan uczył nas mówić Ojcze nasz, a nie Ojcze mój. Jest dziedzictwem wszystkich chrześcijan i występuje we wszystkich tradycjach liturgicznych. Ta modlitwa ma być zanoszona w jednym Duchu za całe Ciało Kościoła. Pan Jezus uczy nas jak zwracać się do Boga, jak prosić o to, czego możemy słusznie pragnąć, a nawet w jakiej kolejności należy tego pragnąć.
„Ojcze!” – pierwsze słowo Modlitwy Pańskiej jest zwróceniem się do Boga. Warto się zatrzymać na moment, aby to słowo wybrzmiało. Taka pauza pomoże skupić myśli. Do kogo mówię, w czyjej obecności staję, co to znaczy, że mogę do Boga zwracać się w ten sposób. Jeśli zabraknie tego momentu skupienia, postawienia siebie w Bożej obecności, to najprawdopodobniej cała modlitwa będzie odklepaniem pacierza. „Ojcze!”. „Ile łaski w pierwszym słowie!” – zachwyca się św. Ambroży. Anna Kamieńska pisze: „w tym słowie jest wszystko”. Jeden z biblistów zauważa „W tym jednym słowie mieści się cała historia zbawienia”.
A jednak to słowo jest obciążone ludzkim doświadczeniem, niestety, nie zawsze pozytywnym. „Dla dzisiejszego człowieka ta wielka pociecha płynąca ze słowa »Ojciec« nie zawsze jest odczuwalna, ponieważ często albo brak mu doświadczenia ojca, albo z winy ojców bywa ono przyciemnione” (Benedykt XVI). Co w takiej sytuacji? Katechizm mówi, że trzeba „pokornie oczyścić nasze serca z niektórych fałszywych wyobrażeń (…) ojca lub matki, które wpływają na naszą relację do Boga. Bóg, nasz Ojciec, przekracza kategorie świata stworzonego. Odnosić nasze idee w tej dziedzinie do Niego lub przeciw Niemu byłoby tworzeniem bożków po to, by je czcić lub burzyć” (KKK 2779). Takie oczyszczanie obrazu Boga jest długim procesem dojrzewania wiary. Właściwie trwa on przez całe życie.
Kiedy za Jezusem mówię do Boga „Ojcze!”, uznaję, że chcę być dzieckiem Boga na wzór Chrystusa. Kiedy mówię do Boga „Ojcze!”, uznaję swoją zależność od Boga. W tym słowie mieści się zarazem pokora człowieka, jak i świadomość godności. To słowo zobowiązuje: nie chcę przynieść Ojcu wstydu, nie chcę szukać szczęścia wbrew Niemu, chcę być podobny do Niego. Bóg jest Ojcem naszym, Ojcem wszystkich ludzi, żyjących na różnych kontynentach, w różnych krajach, należących do różnych ras, kultur i religii. Wszyscy są Jego stworzeniami, bo to On świadomie stworzył duchową osobowość każdego człowieka. To On stworzył jego duchowe, rozumne, wolne i nieśmiertelne „ja”, czyli nieśmiertelną rozumną i duchową duszę. Bóg jest „naszym” Ojcem także dlatego, że – w przeciwieństwie do niektórych ziemskich ojców – kocha nas nieustannie, świadomie, niezmiennie. Zawsze się o nas troszczy, opiekuje się nami. Każdego, kto się temu nie sprzeciwia, chce prowadzić swoimi ojcowskimi rękami, trzymać w swoich Boskich ramionach. Tymi Jego wyciągniętymi do nas rękami jest Jego Syn, Jezus Chrystus i zsyłany nam Duch Święty. Tymi dwoma „Ramionami” Ojciec pragnie trzymać każdego z nas przy swoim Boskim Sercu. Jeśli ktoś odrzuca te dwa Boskie Ramiona, Jezusa i Ducha Świętego, ten nie rozumie do końca, co znaczy, że Bóg jest Ojcem naszym; ten nie rozumie, że wszyscy ludzie są jego braćmi i siostrami. Dla człowieka, który odrzuca Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego, Bóg jest daleki i ludzie stają się obcy.
Ciągle potrzebujemy przypominania nam przez Ducha Świętego, kim jest Bóg i kim powinni dla nas być ludzie. Duch Święty rozbudza w nas przekonanie, że Bóg jest najbliższą nam Istotą, a ludzie są braćmi i siostrami, stworzonymi przez Niego. To ważne przypomnienie. Dla wielu bowiem Bóg wydaje się tak daleki, że nawet o Nim nigdy nie pomyślą. Wielu nie traktuje ludzi jak braci i siostry, jak dzieci jednego Boga, naszego Ojca. Ci, którzy przez Niego zostali stworzeni, często odnoszą się do siebie jak nieprzyjaciele. Pobudza ich do tego rozpalona przez szatana nienawiść. Nie potrafią lub nie chcą dostrzec braci i sióstr poza swoją najbliższą rodziną, a często nawet w niej nie ma braterskich odniesień.
Bez działania Ducha Świętego nie ma w nas głębokiego przekonania, że naszymi braćmi i siostrami są ludzie innych narodowości, ras, plemion. Bez Jego światła trudno dostrzec braci i siostry w wyznawcach różnych religii. Wojny, niesprawiedliwość, nienawiść, egoizm, wzajemne wykorzystywanie się to wynik zapomnienia o tym, że wszyscy zostaliśmy stworzeni przez tego samego Ojca, Ojca naszego. Jeśli ktoś wyrzuca ze swego serca Ducha Świętego, to zachowuje się wobec ludzi jak rozdrażnione i wygłodzone dzikie zwierzę, które poluje, rozszarpuje i pożera. Nie ma bowiem innego Boga jak tylko ten, który jest „Ojcem” „naszym”. W dniu, w którym ludzie z pełnym przekonaniem zawołają do Boga „Ojcze nasz”, ustaną wojny, konflikty zbrojne, niewolnicze wykorzystywanie bliźnich. Duch Święty chętnie pomoże nam szczerze mówić: „Ojcze nasz”, jeśli Go o to poprosimy. „Pełne prawo do mówienia »mój Ojciec« miał tylko Jezus, bo tylko On jest Jednorodzonym Synem, współistotnym Ojcu. My wszyscy musimy mówić »nasz Ojciec«.(Benedykt XVI) To »nasz« jest słowem bardzo zobowiązującym: wymaga od nas włączenia się we wspólnotę innych dzieci Bożych, usunięcia elementów egoistycznych i dzielących nas. Wymaga zaakceptowania innych, otwarcia na nich uszu i serca. Wypowiadając słowo »nasz«, mówimy »tak« żywemu Kościołowi, w którym nasz Pan chciał zgromadzić swą nową rodzinę. Tak więc Ojcze nasz jest modlitwą osobistą, a zarazem z gruntu kościelną. Mówiąc Ojcze nasz, modlimy się naszym własnym sercem, a jednocześnie jednak modlimy się razem ze społecznością całej rodziny Bożej, z żyjącymi i zmarłymi, z ludźmi wszystkich stanów, wszystkich kultur i wszystkich ras. Przekraczamy granice, modlitwa ta tworzy z nas jedną rodzinę”. Małe słowo, ale znaczy wiele. Wypowiadane świadomie, poszerza serce, otwiera na innych, włącza we wspólnotę. Wspólnotowy wymiar Modlitwy Pańskiej ujawnia się najmocniej, kiedy modlimy się nią podczas Eucharystii.
Ojciec nasz jest Ojcem mieszkającym w niebie. Tam też przewidział mieszkanie dla każdego stworzonego przez siebie człowieka. Nie stworzył ludzi po to, by zapełniać piekło, lecz – niebo. Jezus umarł na krzyżu i zmartwychwstał, abyśmy mogli na wieki żyć w domu Ojca. Tam sam powrócił po dokonaniu dzieła naszego Odkupienia. Powrócił do Ojca, aby przygotować dla nas miejsce, jak to powiedział swoim uczniom: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem (J 14,2-3). Po powrocie do Ojca Jezus Chrystus posłał nam Ducha Świętego, aby swoją Boską mocą pomógł nam dojść tam, gdzie będziemy na zawsze szczęśliwi. Któryś jest w niebie „To biblijne wyrażenie nie oznacza miejsca (»przestrzeni«), lecz sposób istnienia; nie oddalenie Boga, ale Jego majestat” – wyjaśnia katechizm (KKK 2794). Bóg jest ponad światem. Choć doświadczamy często Jego bliskości, to pozostaje On zawsze Bogiem ukrytym. „Któryś jest w niebie” – te słowa przypominają o dystansie między Stwórcą i stworzeniem. Bóg jest święty, czyli inny niż wszystko, co „ziemskie”, „swojskie”, „dobrze znane”. Rzadko mówi się dziś o bojaźni Bożej. A szkoda, bo ta postawa powinna towarzyszyć człowiekowi, który staje przed Bogiem. Nie chodzi wcale o paraliżujący lęk, ale o głęboki szacunek, synowski respekt dla Boga. Nie mogę z Boga uczynić kumpla, którego poklepuję po plecach. Kto zbliża się do Najwyższego, zdejmuje z nóg sandały.
Każdemu z nas Bóg powierzył jakąś grupę osób, którym powinniśmy w szczególny sposób pomóc dojść do zbawienia. Dla księdza może to być parafia, dla biskupa – diecezja. Dla osób świeckich tą grupą jest przede wszystkim rodzina, krewni, znajomi, dzieci. Tym, których Bóg oddał w nasze ręce, mamy pomóc dojść do Ojca. On czeka na nich z otwartymi ramionami. Tą pomocą ma być nasza modlitwa, przykład, przekazywane im słowo Boże. Do grona oddanych naszej opiece osób, którym powinniśmy pomagać w dojściu do domu Ojca, zaliczają się także ludzie, których osobiście nie znamy. Może żyją oni gdzieś daleko od nas, na innym kontynencie. Im także możemy pomagać w zbawieniu przez modlitwę, post i cierpliwe znoszenie różnych przykrości życiowych.
Ojcowie Kościoła zwracali uwagę, że „niebem”, w którym przebywa Bóg, są ludzie święci. „Niebo to samo dobro, sama prawda i miłość. Tam, gdzie dobry człowiek, dobre dziecko, dobry czyn – tam otwiera się na chwilę niebo. Bóg jest w tym niebie” (Anna Kamieńska).
KKK2796 Gdy Kościół modli się "Ojcze nasz, któryś jest w niebie", wówczas wyznaje, że jesteśmy Ludem Bożym już przebywającym "na wyżynach niebieskich - w Chrystusie Jezusie" (Ef 2, 6), "ukrytym z Chrystusem w Bogu" (Kol 3, 3), a jednocześnie "wzdychamy, pragnąc przyodziać się w nasz niebieski przybytek" (2 Kor 5, 2)


ŚWIĘĆ SIĘ IMIĘ TWOJE

Wymienienie czyjegoś imieniap powoduje, że przypomina się nam osoba o takim imieniu. Gdy słyszymy imiona znanych nam ludzi, myślimy o nich. Kiedy mówimy Maryja, św. Franciszek, św. Jan, wówczas nasza uwaga koncentruje się na tych świętych. Gdy mówimy o swojej matce lub ojcu, to zwykle nie używamy ich imion. Wystarczy, że ktoś powie: „mój ojciec, moja matka” lub „twój ojciec, twoja matka”, a wiemy, o kogo chodzi. Podobnie jest z Bogiem. Wystarczy, że powiemy: „Ojcze nasz”, a przypomni się nam Ten, który jest Ojcem bliższym nam niż ojciec ziemski lub ziemska matka.
Jezus nauczył nas mówić do Boga po prostu: Ojcze, Ojcze nasz, któryś jest w niebie. I polecił zaraz po tych słowach dodać: „święć się imię Twoje”. Słowa te mają wyrażać pragnienie, by Bóg – określany jako „nasz Ojciec” – był czczony przez wszystkich ludzi na całym świecie. Mówiąc: „święć się imię Twoje”, wyrażamy nasze pragnienie: bądź wszędzie i przez wszystkich otaczany szacunkiem, miłością. Niech Twoje imię będzie wzywane, aby wyrazić Ci wdzięczność, aby Cię uwielbić, prosić, szukać Twojego przebaczenia. „Święć się imię Twoje” wyraża nasze pragnienie tego, by nikt o Bogu nie mówił z lekceważeniem, ironią, by nie szydził z Niego, nie bluźnił Mu. Powtarzając te słowa wyrażamy życzenie, by imię Boga i On sam nie był zapominany przez tych, których stworzył.
Gdybyśmy po wypowiedzeniu słów: „święć się imię Twoje”, zaczęli nadużywać imienia Bożego, wypowiadać je lekceważąco, bez należnego szacunku, bez pobożności, dziecięcej bojaźni, to dalibyśmy świadectwo o tym, że jesteśmy rozdwojeni lub nieszczerzy. Niby bowiem chcemy, żeby imię Boże uznawano wszędzie za święte, otaczano je chwałą i miłością, a nadużywamy tego imienia, wypowiadamy je bez żadnej potrzeby, lekceważąco. Modląc się słowami tej modlitwy zwracamy się do Boga, który nie tylko nas stworzył, lecz ponadto pragnie nas uwolnić od zła i doprowadzić do wiecznego szczęścia. Katechizm Kościoła wyjaśnia, że to wyrażenie należy rozumieć jako „uznać za świętego, traktować w sposób święty”. Boże imię jest zawsze narażone na profanację. Papież Benedykt XVI pisze: „Imienia Bożego można nadużywać i w ten sposób plamić samego Boga. Imię Boga można przywłaszczyć sobie dla własnych celów i w ten sposób zniekształcać obraz Boga. Im bardziej oddaje się On w nasze ręce, tym łatwiej możemy przytłumić Jego światło (…).
W pierwszej prośbie Modlitwy Pańskiej kryje się paradoks. Prosimy Boga, by sam wziął w swoje ręce sprawę święcenia Jego imienia. Ale przecież jednocześnie „od naszego życia i od naszej modlitwy zależy nierozłącznie to, czy imię Boże będzie święcone wśród narodów” (KKK 2814). Wezwanie: „święć się imię Twoje” to prośba o moją świętość, o to, by w moim życiu realizował się chrzest, w którym uświęcony zostałem po raz pierwszy miłością Ojca, Syna i Ducha Świętego. Kiedy mówię: „święć się imię Twoje”, proszę Boga, by blask Jego świętości był coraz bardziej widoczny we mnie. „Święć się imię Twoje” – jest wyznaniem pierwszeństwa Bożej łaski przed moją zasługą. To uznanie, że Bóg jest pierwszym autorem mojej świętości. Nie swoim światłem mam świecić, ale Bożym światłem. Jak witraż! Moją rolą jest dać się prowadzić, iść drogą wyznaczoną przez Jezusa. Kto za dużo sam kombinuje, ten szuka raczej chwały swojego imienia, nie Boga.
Pierwsza prośba „Ojcze nasz” to nie tylko wezwanie do uświęcenia imienia Boga we mnie samym. To także prośba, by imię Boga było obecne na całym świecie. Jest tu ukryte zobowiązanie do głoszenia imienia Boga, tak aby mogło ono być święte dla wszystkich, wszędzie, zawsze. Pisał przed wiekami Tertulian: „Gdy mówimy: »Święć się imię Twoje«, prosimy, aby było ono uświęcone w nas, którzy jesteśmy w Nim, ale także w innych, na których łaska Boża jeszcze oczekuje, by wypełniać przykazanie, które zobowiązuje nas do modlitwy za wszystkich, nawet za nieprzyjaciół. Oto dlaczego nie mówimy dokładnie: Święć się imię Twoje »w nas«, ponieważ prosimy, by święciło się ono we wszystkich ludziach”. Uczeń Chrystusa nie koncentruje się tylko na swojej świętości. Ma na głowie cały świat, bo wie, że „nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12).
KKK2814 Od naszego życia i od naszej modlitwy zależy nierozłącznie to, czy imię Boże będzie święcone wśród narodów.

PRZYJDŹ KRÓLESTWO TWOJE

Przykry to widok, gdy ktoś nie zdejmie swoich zabłoconych butów i przedzie się w nich po czystych wykładzinach i dywanach mieszkania. Wszędzie zostawi błoto, brud. Coś podobnego stało się w pięknym, harmonijnym i dobrym świecie, który stworzył Bóg. Na jego pięknie zostawił swoje ślady zbuntowany anioł. Przyszedł on do Ewy, aby zabrudzić jej myślenie, pragnienia, oceny moralne. Ona z kolei zaraziła swoim skalanym myśleniem i wartościowaniem Adama. Potem wspólnie ten brud przekazali swojemu potomstwu. Od chwili upadku pierwszych rodziców na pięknym kobiercu stworzenia pojawiło się błoto zła, buntu, zakłamania. Jednak Bóg nie chciał, aby Jego stworzenie zostało całkowicie zalane brudem nieładu, brzydoty, grzechu, buntu. Dlatego posłał swojego Syna, Jezusa Chrystusa, aby wszystkiemu – a zwłaszcza człowiekowi – przywrócił zamierzone pierwotnie piękno i harmonię. Ten przywracany przez Zbawiciela i przez Ducha Świętego ład, porządek, dobro to królestwo Boże. Bóg zaczął swoją łaską pomagać człowiekowi odbudowywać w sobie obraz i podobieństwo Stwórcy, a wokół siebie – harmonię, piękno i ład, który naruszył przez swoje odejście od Pana. Modląc się do Ojca niebieskiego słowami: „Przyjdź królestwo Twoje”, prosimy Go, by z Jego pomocą, z pomocą Syna i Ducha Świętego, stworzenie stało się Jego królestwem: królestwem prawdy, dobra, miłości, ładu, harmonii. Królestwo Boże, o które prosimy Ojca naszego, jest tam, gdzie ludzi zespala prawdziwa miłość braterska. Już samo nazywanie Boga „Ojcem naszym” buduje trochę Jego królestwo, bo przypomina nam o tym, że wszyscy na ziemi jesteśmy braćmi i siostrami. Królestwo Boże umocniłoby się, gdybyśmy w każdej chwili żyli z bliźnimi jak z prawdziwym rodzeństwem. Niestety, napływające ze świata wiadomości o wojnach, napadach, porwaniach, prześladowaniach, zadawaniu sobie wzajemnie cierpienia pokazują, jak mało jest na świecie królestwa Bożego, królestwa pokoju, miłości, serdeczności, czułości. Wszystkie smutne wiadomości powinny nas pobudzać do błagania wszechmogącego i miłosiernego naszego Ojca o pomoc. Słowo „królestwo Boże” pojawia się w Nowym Testamencie 122 razy, z czego 90 razy w wypowiedziach samego Jezusa.. Nie jest to jednak sprawa polityki, doczesnej władzy, militarnej siły, widzialnych granic, sprawnej organizacji. Królestwo niebieskie to wspólnota duchowa tych, którzy uznali panowanie Boga w swojej osobistej historii i w historii świata. Granice królestwa Bożego biegną więc przez serca ludzi. To rzeczywistość wewnętrzna, niewidzialna. Choć z drugiej strony rozpoznawalna poprzez pewne znaki czy widzialne owoce w życiu poszczególnych osób.
Kiedy Jezus mówi, że królestwo Boże jest blisko, wskazuje przede wszystkim na tajemnicę swojej własnej osoby. Jezus swoimi słowami i czynami objawia panowanie Boga. Mocą Bożą przebacza grzechy, wygania złe duchy, uzdrawia chorych, zwiastuje słowo pełne nadziei, a po tragedii krzyża zmartwychwstaje. Do królestwa Bożego wchodzi ten, kto przez wiarę i nawrócenie przyjął Chrystusa i powtórzył z Nim: „Ojcze, nie moja, ale Twoja wola niech się stanie”. Kiedy mówimy „Przyjdź królestwo Twoje”, wybieramy Boga, poddajemy się Jego ojcowskiej władzy, przyznajemy Mu rację. Chcemy, żeby to On panował, nie my. Kiedy mówimy „Przyjdź królestwo Twoje”, otwieramy się też na wspólnotę z Tym, który pokazał nam, co znaczy być Synem Najwyższego, z Jezusem Chrystusem. „Modlić się o królestwo Boże, znaczy mówić Jezusowi: Uczyń nas Twoimi, Panie! Przenikaj, żyj w nas, zgromadź rozproszoną ludzkość w jednym Ciele, żeby w Tobie wszystko podporządkowało się Bogu, a Ty żebyś wszystko przekazał Ojcu, ażeby »Bóg był wszystkim we wszystkich« (1 Kor 15,26–28)” (Benedykt XVI).
Wołanie „Przyjdź królestwo Twoje” kryje w sobie świętą niecierpliwość. To tęsknota za światem, w którym nie będzie już więcej zła i niesprawiedliwości. Czytamy w katechizmie: „W Modlitwie Pańskiej chodzi przede wszystkim o ostateczne przyjście Królestwa Bożego w chwili powrotu Chrystusa” (KKK2818). Jezus dał początek królestwu Boga na ziemi.
Ono już jest pośród nas, ale nie jako coś gotowego, lecz fundament, zaczyn, początek. Rośnie, kiedy głoszone jest słowo Boże, a ludzie odpowiadają na nie wiarą i nawróceniem. Rośnie, kiedy sprawowane są sakramenty, kiedy ludzie czynią dobro, przebaczają sobie urazy, kiedy miłość zwycięża nienawiść. Rośnie jak ziarno posiane w ziemi, jak zaczyn włożony w mąkę. Już jest, ale jeszcze nie takie, jak być powinno.
Władza Boga jest cicha na tym świecie, jest to jednak władza rzeczywista i trwała” (Benedykt XVI). Wierzymy, że objawi się w pełni w dniu Paruzji, czyli powtórnego przyjścia Chrystusa. Dlatego modlitwa o przyjście królestwa jest wołaniem pełnym nadziei.

BĄDŹ WOLA TWOJA JAKO W NIEBIE TAK I NA ZIEMI

Słowa: „Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi”, były treścią życia Jezusa Chrystusa, Jego Najświętszej Matki i wszystkich Jego prawdziwych uczniów. Chcieli, aby wszystko na ziemi toczyło się zgodnie z wolą Ojca niebieskiego, tak jak się to dzieje w niebie. Pragnąc, aby tak było, sami codziennie spełniali te zadania, które – jak odczytywali w swoim sercu – powierzył im Bóg.
Przez całe swoje życie na ziemi Jezus mówił: „Nie moja, lecz Twoja wola, Ojcze, niech się stanie". Nie tylko tak mówił, lecz zdecydowanie pragnął tego. To jedno najgłębsze pragnienie podsuwała Mu nieskończona miłość do Ojca. Podobnie postępowała Jego Matka. Całe Jej życie było wiernym i pokornym poddaniem się woli Boga, nieskończonej Miłości, i wypełnianiem Jego najświętszych pragnień. Także przed swoją męką i śmiercią Jezus modlił się: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22,42;) Poddał się decyzji Ojca co do czasu i rodzaju odejścia z tego świata. Pokazał na przez to, jak mamy podchodzić do naszego życia i naszej śmierci. Jeśli chcemy naśladować Jezusa, to również tak jako On powinniśmy przyjąć czas i rodzaj śmierci, jaki dopuścił Ojciec. On zna nasze siły duchowe i wie najlepiej, jaki czas i sposób naszego odejścia z tego świata do wieczności będzie dla nas najlepszy. Zanim Maryja poznała modlitwę „Ojcze nasz”, której nauczył Ją i swoich uczniów Jezus, to z Jej serca wypływały słowa podobne do słów tej modlitwy, zwłaszcza „Bądź wola Twoja”. Dlatego po oznajmieniu Jej przez Archanioła Gabriela, że Bóg pragnie uczynić Ją Matką swojego Syna, odpowiedziała: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1,38)
Wypowiadając te słowa prosimy Ojca niebieskiego o to, by na ziemi była powszechnie spełniana Jego wola, tak jak to się dzieje w niebie, Jego domu. Tam wszyscy chętnie spełniają Jego wolę, bo widzą ile w niej jest miłości i mądrości, wiedzą, jak wielkie dobro się dzięki temu dokonuje. Na ziemi to dobro często jest przed nami zakryte. Nie widzimy z całą oczywistością tego, że dzięki spełnianiu woli dobrego Ojca niebieskiego, czynimy coś wielkiego i trwałego. Można w to wierzyć, można Bogu ufać, ale róże szczegóły Boskiego planu zwykle są przed nami ukryte. Jednak dzięki tym mrokom ukrywającym wielkie dobro chciane przez Boga wiele otrzymujemy. Przede wszystkim to, że bardzo się doskonalimy w miłości. Ufne wypełnianie woli Boga ma w Jego oczach ogromną wartość. On bowiem wie, ile nas to zwykle kosztuje, jakiego wymaga wysiłku, zaufania i zawierzenia Mu. Odmawiając Modlitwę Pańską, powtarzamy słowa: „Bądź wola Twoja”. Co jednak konkretnie jest wolą Ojca naszego? Św. Paweł odpowiada na to pytanie zwięźle: „wolą Bożą jest wasze uświęcenie” (1 Tes 4,3). W Liście do Hebrajczyków czytamy: „Starajcie się o pokój ze wszystkimi i o uświęcenie, bez którego nikt nie zobaczy Pana”. (Hbr 12,14) Wolą naszego Ojca jest to, byśmy jako Jego dzieci żyli święcie na tej drodze życia, która jest naszym powołaniem: jako małżonkowie, rodzice, dzieci, ludzie młodzi lub starzy, osoby samotne, kapłani, zakonnicy i zakonnice. Bez względu na wiek, płeć, wybraną drogę życia mamy dążyć do świętości, gdyż to jej pragnie Bóg. Jego wolą jest nasze uświęcenie. Ale tu dla wielu zaczyna się problem praktyczny, a nawet – czysto teoretyczny. Czym właściwie jest to uświęcenie, którego oczekuje od nas Ojciec niebieski? Różne słyszymy odpowiedzi na to pytanie. Jedni przerażają nas wizją świętości nie do uniesienia, surowej, ponurej, opartej na samych tylko wyrzeczeniach i umartwieniach. Tym, którzy taką świętość głoszą lub praktykują, św. Paweł powiedziałby: gdybyś tak się umartwił, że wydałbyś ciało na spalenie, lecz miłości byś nie miał, nic byś nie zyskal .Świętość jest łaską, którą otrzymują nawet niemowlęta w sakramencie chrztu. Otrzymują ten dar, nie wykonując najmniejszego czynu, i stają się naprawdę święte. Noszą bowiem w swoich duszach świętość Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jednak świętość jest także pewną formą życia, ukształtowanego przez nas świadomie i dobrowolnie. Święci to ludzie „zakochani” bez reszty w Ojcu, Synu i Duchu Świętym, ludzie gotowi spełnić każde życzenie Trójosobowego Boga, pójść za każdym porywem Jego łaski. Święci to ci, którzy żyją w przyjaźni z Bogiem i starają się być nie tylko Jego przyjaciółmi, lecz – Jego „dobrymi” przyjaciółmi.
Wielką bolączką świata jest to, że dzielimy ludzi na takich, których kochamy, i na takich, których nie kochamy lub nienawidzimy. Stąd biorą się kłótnie, zatargi, wojny. Ojciec niebieski nie chce tego. On kocha nas, swoje stworzenia. Jego wolą wyrażoną przez Jezusa jest to, byśmy się miłowali wzajemnie, tak jak On nas umiłował. „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie.” (J 13,34)
Ojciec posłał swojego Syna i zsyła ciągle swojego Ducha, abyśmy mogli dojść do Jego domu i tam żyć w niezamąconym szczęściu na zawsze. Tej wiecznej radości pragnie dla nas ojcowskie serce Boga. Czy jednak wszyscy ludzie będą zbawieni? To wielka tajemnica. Po zakończeniu się dziejów ludzkich i po Sądzie Ostatecznym będą istnieć tylko dwa królestwa: królestwo dobra, wiecznej miłości oraz przeciwne mu królestwo zła, egoizmu i wiecznej nienawiści. Każdy człowiek przez swój świadomy codzienny sposób życia opowiada się za jednym z tych królestw i do niego wstępuje. Jedni wchodzą do królestwa miłości, bo służą Jezusowi w swoich braciach i siostrach, inni natomiast wstępują do królestwa egoizmu, nienawiści i obojętności. Do jakiego królestwa człowiek wstąpił na ziemi i trwał w nim aż do śmierci, w takim na zawsze znajdzie się po swoim wejściu w wieczność. W jednym królestwie wiecznie będą ci, którzy miłowali Jezusa w bliźnich, w drugim natomiast ci, którzy egoistycznie lekceważyli Go i omijali w cierpiących braciach i siostrach.
Nieraz zaskakuje nas to, że wszechmogący Bóg, nasz Ojciec, jakby przymykał oczy na wielkie zbrodnie, zło, przemoc, niesprawiedliwość. Diabeł, który „jest kłamcą i ojcem kłamstwa” (J 8,44), z upodobaniem podsuwa nam myśli o słabości lub niesprawiedliwości Boga, gdyż mu zależy na tym, żebyśmy stracili do Niego zaufanie. Swoimi kłamstwami utrwala w nas przekonanie, że Bogu obojętne jest wielkie cierpienie, wywoływane na ziemi przez niesprawiedliwość i brak szacunku do człowieka.
Skoro Bóg, nasz Ojciec, nienawidzi zbrodni, niesprawiedliwości, dręczenia ludzi, to dlaczego nie usuwa tego zła swoją wszechmocą i nie zsyła śmierci na zdeprawowanych ludzi? Jedną z odpowiedzi Pisma Świętego jest wyjaśnienie, że Bóg nie uśmierca grzeszników, aby dać im czas na zmianę swojego życia i na naprawienie wyrządzonych krzywd. Autor Księgi Mądrości mówi: „Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili” (Mdr 11,23). Zamiast karać, Bóg daje szansę, upomina, tak jak to uczynił przez proroka Izajasza: „Niechaj bezbożny porzuci swą drogę i człowiek nieprawy swoje knowania. Niech się nawróci do Pana, a Ten się nad nim zmiłuje, i do Boga naszego, gdyż hojny jest w przebaczaniu. A jeśliby występny porzucił wszystkie swoje grzechy, które popełniał, a strzegł wszystkich moich ustaw i postępowałby według prawa i sprawiedliwości, żyć będzie, a nie umrze: nie będą mu poczytane wszystkie grzechy, jakie popełnił, lecz będzie żył dzięki sprawiedliwości, z jaką postępował. Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego – wyrocznia Pana Boga – a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył?” (Iz 55,7-23)
Kiedy mówimy z wiarą: „bądź wola Twoja”, „prosimy naszego Ojca, by złączył naszą wolę z wolą Jego Syna” (KKK 2824).

CHLEBA NASZEGO POWSZEDNIEGO DAJ NAM DZISIAJ


Prosimy Ojca niebieskiego o chleb – o chleb zwykły, powszedni. Nie prosimy więc Go o coś zbytecznego. Słowo „chleb” to symbol wszystkiego, co jest konieczne do życia, wszystkiego, co jest dobre, użyteczne. Pożywienia, nazwanego „chlebem powszednim”, potrzebuje nie tylko nasze ciało, ale również nasza dusza. Dla niej pokarmem jest przede wszystkim słowo Boże i Eucharystia. Jezus nauczył nas prosić o wszystko przede wszystkim naszego Ojca niebieskiego, który nas stworzył i wie dobrze, czego potrzebujemy do życia. Temu Ojcu mamy zaufać bez reszty. Do tego zachęcił nas, mówiąc: „Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one?” (Mt 6,25-26). Kiedy dzieci poczują głód, idą do mamy lub ojca i mówią: „Chce mi się jeść”. I otrzymują jedzenie lub zapewnienie, że zaraz będzie posiłek. Coś podobnego powinien robić codziennie człowiek wierzący i ufający swojemu Ojcu niebieskiemu. Jego ma prosić o chleb powszedni. Ci, którzy nie ufają Bogu lub w Niego nie wierzą, domagają się chleba tylko od ludzi. Rozpowszechnionym sposobem są akcje protestu, strajki, rewolucje. Jezus nikomu nie powiedział: „Zabijcie Heroda, mordujcie bogaczy i okupantów-Rzymian, domagajcie się poprawy swojego losu od ludzi”. Nauczył natomiast pokornej modlitwy, skierowanej do prawdziwego Ojca. Do Niego kazał nam mówić z wiarą i niosącą pokój ufnością: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Ojciec zawsze odpowie. Znajdzie jakiś skuteczny sposób, by zapewnić nam środki do życia. Mówiąc te słowa do naszego Ojca niebieskiego, prosimy Go z wielką ufnością o to, by nie zwlekał ze spełnieniem naszej prośby. Chodzi bowiem o „chleb powszedni”, czyli o coś, czego bardzo potrzebujemy ciągle, każdego dnia, a więc i dzisiaj. Nie mówimy: „daj mi tego chleba”, lecz: daj go „nam”. Tak nas nauczył mówić do Ojca niebieskiego Jezus Chrystus. Chciał, by modlitwa wyrażała naszą troskę o wszystkich ludzi i uwrażliwiała nas na ich potrzeby. Nasza wrażliwość na los każdego człowieka ma się wyrażać w codziennej modlitwie za wszystkich ludzi i w działaniach, do których zostaliśmy przez Boga uzdolnieni. Chleb jest „owocem ziemi i pracy rąk ludzkich”. Pycha każe nam myśleć o zapewnieniu sobie chleba wyłącznie własnymi siłami. A przecież „ziemia nie wyda owocu, jeśli nie otrzyma przychodzącego z góry słońca i deszczu” (Benedykt XVI). Wystarczy nieraz lekki przymrozek, nie mówiąc już o gradzie, suszy, powodzi czy ataku szarańczy, by ziemia nie wydała żadnego plonu. Ulegamy często iluzji, że nauka, technika czy ekonomia zapewnią nam na zawsze chleb i dostatnie życie. Papież pisze dobitnie, że to brutalna i zimna pycha, która „w ostatecznym rozrachunku niszczy ziemię”.
Biblia traktuje zawsze chleb jako dar Najwyższego. Chleb jest źródłem siły, jest symbolem wszelkich dóbr niezbędnych do życia. Owszem, człowiek musi w pocie czoła pracować na chleb, ale jednocześnie powinien o niego pokornie prosić Boga i oczekiwać z ufnością. Chleb odgrywał zawsze wielką rolę w kulcie Starego Przymierza. W świątyni jerozolimskiej na stołach leżały tzw. chleby pokładne – symbol wspólnoty z Bogiem. Z kolei chleb pierwocin, stanowiący część ofiar podczas Święta Tygodni, wyrażał wdzięczność Bogu za plony ziemi. Chleby przaśne łączyły się z celebracją paschy. Jezus, nawiązując do tej tradycji, nadał chlebowi zupełnie wyjątkowe znaczenie podczas Ostatniej Wieczerzy. Katechizm Kościoła mówi, że słowa „daj nam” wyrażają „głęboką ufność dzieci, które oczekują wszystkiego od swego Ojca” (KKK 2838). Ponadto „»Daj nam« jest również wyrazem Przymierza; należymy do Ojca, a On należy do nas i jest dla nas. To »nam« wyraża również nasze uznanie Go za Ojca wszystkich ludzi i dlatego modlimy się za nich wszystkich, w poczuciu solidarności z ich potrzebami i cierpieniami” (KKK 2829).
Czy Jezus, ucząc nas prośby o chleb, nie zachęca do jakiejś bierności? Nie! „Módl się i pracuj” – głosi reguła św. Benedykta, która zachodniej cywilizacji pomogła dojść do dobrobytu. Świetnym komentarzem do tej zasady jest zdanie św. Ignacego z Loyoli: „Módlcie się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a pracujcie tak, jakby wszystko zależało od was”. Ufać Bogu i solidnie pracować na miarę wszystkich swoich talentów. Oto wskazówka do duchowej równowagi.
Cokolwiek posiadam, zawdzięczam to nie tylko sobie, ale najpierw Bogu. Mam nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Dlatego prosimy o chleb nie dla siebie, ale dla NAS. Modlitwa Pańska nie jest modlitwą egoisty zapatrzonego tylko w swoje potrzeby. To modlitwa we wspólnocie, budująca więzi bliskości i solidarności ze wszystkimi dziećmi Boga. „Modlimy się o nasz chleb, a więc także o chleb dla innych.
Kto ma nadmiar chleba, powinien się nim dzielić. (…) Św. Jan Chrystostom podkreśla, że »każdy kęs chleba w pewnym sensie stanowi kęs chleba należącego do wszystkich – chleba świata«” (Benedykt XVI). Zanim Jezus dokonał cudu rozmnożenia chleba, powiedział do uczniów: „Wy dajecie im jeść” (Mk 6,37). We wszystkich ewangelicznych opisach tego cudu punktem wyjścia jest mała ilość pokarmu (pięć chlebów i dwie ryby, a za drugim razem siedem chlebów), którym ktoś zechciał się podzielić. Tam, gdzie ludzie nie koncentrują się na sobie, ale potrafią się podzielić nawet najmniejszym dobrem, tam dokonuje się cud.

ODPUŚĆ NAM NASZE WINY JAKO I MY ODPUSZCZAMY NASZYM WINOWAJCOM

Gdyby Bóg nie był miłosierny, nie moglibyśmy liczyć na zbawienie. Zresztą, prawdopodobnie nie stworzyłby nas, ludzi, którzy – jak to wiedział od zawsze – będą Go odrzucać i znieważać od samego początku zaistnienia na ziemi. A jednak nas stworzył, chociaż wiedział, jak będziemy postępować. Stworzył nas, bo w swoim miłosierdziu przewidział lekarstwo na nasz bunt i nieprawość. Przewidział Lekarstwo, którym jest Jego Syn, Jezus Chrystus ukrzyżowany i zmartwychwstały, oraz Duch Święty. Dzięki swojemu nieskończonemu miłosierdziu Ojciec posłał nam swojego Syna, który nas odkupił. Również dzięki miłosierdziu wylewa na nas swojego Ducha, rozpalającego miłość. Dzięki miłosierdziu Boga, naszego Ojca, każdy może mieć nadzieję na wieczne szczęście. Nikt tej nadziei nie mógłby mieć, gdyby Bóg nie był bogaty w miłosierdzie. Codziennie powtarzana prośba: „odpuść nam nasze winy” zaprasza człowieka do rachunku sumienia. Jeśli potrafię nazwać po imieniu zło, którego się dopuściłem, to słowa: „odpuść nam nasze winy” nabierają ciężaru, są bardziej konkretne, szczere. Proszę Boga o przebaczenie, bo wiem, że mam za co Go przepraszać. Boże przebaczenie dociera do nas przez sakramenty Kościoła. To jest podstawowy kanał, którym płynie Boże miłosierdzie. Dlatego wezwanie: „odpuść nam nasze winy” przypomina też o spowiedzi, zaprasza do korzystania z tego sakramentu. Wyznając grzechy w konfesjonale, składam je u stóp Chrystusa z prośbą o przebaczenie.

Papież Benedykt XVI, komentując Modlitwę Pańską, zwraca uwagę, że Boże przebaczenie wiąże się z tajemnicą Krzyża Chrystusa. To z krzyża rozlega się przejmujące wołanie Jezusa: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34). „Zło żyje w tysięcznych postaciach. Miłość ma tylko jedną postać: Twój Syn” – papież przywołuje zdanie Reinholda Schneidera. Wyjaśnia, że to na krzyżu Jezusa doszło do uzdrawiającej przemiany zła w dobro. Tego człowiek nie mógłby dokonać o własnych siłach. Dlatego właśnie Pan „obarczył się naszym cierpieniem i dźwigał nasze boleści”, „był przebity za nasze grzechy i zdruzgotany za nasze winy”, „w Jego ranach jest nasze uzdrowienie” (Iz 53,4–6). Całe ludzkie zło wypaliło się w ogniu szalonej miłości Boga. Stąd płynie moc do naszej wewnętrznej przemiany, do przebaczenia naszym największym nawet winowajcom. Siła przebaczenia objawia się w człowieku, który nawiązuje wspólnotę z Tym, który poniósł ciężar nas wszystkich. Jeśli pozwolę Jezusowi, by obmył moje stopy, wtedy i ja będę potrafił Go naśladować. Temat przebaczenia pojawia się nieustannie w Ewangelii. W Kazaniu na Górze (tuż przed „Ojcze nasz”) Pan Jezus mówi: „Jeśli przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj!” (Mt 5, 23–24). Tuż po „Ojcze nasz” Jezus jeszcze raz podkreśla zależność między Bożym i ludzkim przebaczeniem: „Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień” (Mt 6, 14–15). Mamy moc (niestety!) przeszkodzić działaniu łaski Bożej.
Kiedy apostoł Piotr zapytał Jezusa o to, ile razy ma wybaczyć, jeśli ktoś mu zawini, usłyszał: „Nie mówię ci, że aż siedem, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”. Liczba 77 to nawiązanie do biblijnej postaci Lameka, jednego z potomków Kaina, który gotów był mścić się aż siedemdziesiąt siedem razy (Rdz 4,24). Logice zemsty i nienawiści Jezus przeciwstawia świat bezgranicznego przebaczenia. Przypowieść o nielitościwym dłużniku jest dobrym komentarzem do piątej prośby Modlitwy Pańskiej. Sługa był winien swojemu panu gigantyczną sumę 10 tysięcy talentów (co najmniej 340 ton złota lub srebra!). Miał dług, którego nie był w stanie spłacić. Jezus celowo wyolbrzymił wysokość tego zadłużenia, żeby pokazać ogrom Bożego miłosierdzia. Oddłużony sługa okazał się jednak bezlitosny dla człowieka, który był mu winien 100 denarów, czyli śmiesznie niską sumę w porównaniu z darowanym mu długiem. I za ten brak miłosierdzia został ukarany. Mur, którym odgradzamy się od bliźniego, jest także murem, który odgradza nas od Boga.
Kto jest moim winowajcą?
Wobec krzywdy każdy reaguje inaczej. Możemy pragnąć zła dla tych, którzy nam ją wyrządzili, mówić źle o tych, którzy źle mówili na nasz temat. Możemy pozwolić, by urazy zakaziły nasze wnętrze, tworząc coś w rodzaju złego samopoczucia i ciągłego niezaspokojenia wobec wszystkich i wobec każdego. Możemy skierować gniew przeciwko nam samym, tak jakbyśmy zasłużyli na to zranienie i odrzucenie. Dajemy się przekonać o braku własnej wartości, o naszej niższości, naszej miernocie i niegodziwości” (J. Vanier). Te czy inne reakcje na zło prowadzą do zerwania komunikacji z drugim. Powstaje mur, który ma często tendencje do wzrostu. Jest to tym bardziej bolesne, jeśli dotyczy ludzi bliskich. Narasta wtedy samotność, lęk, zamknięcie. Przebaczenie jest jedyną drogą do uzdrowienia pokiereszowanych ludzkich więzi. To nieraz długa droga, wymagająca czasu. Przebaczenie nie oznacza jakiejś banalizacji zła. Krzywda pozostaje krzywdą, zło złem. Pewnych rzeczy nie da się po prostu zapomnieć. Przebaczenie to wzniesienie się ponad zło. To wprowadzenie w życie zasady: „nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12,21).
Jedną ze współczesnych ikon przebaczenia stało się spotkanie Jana Pawła II ze swoim niedoszłym zabójcą Ali Agcą.
„Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Kim są moi „winowajcy”? Kogo nie cierpię, kto mnie irytuje, na kogo się wściekam, kogo notorycznie obgaduję, poniżam? Mąż, żona, teściowa, synowa, dziecko, proboszcz, wikary, kolega z pracy, przeciwnik polityczny? Kto potrzebuje mojego przebaczenia? Komu nie potrafię przebaczyć?

NIE WÓDŹ NAS NA POKUSZENIE, ALE NAS ZBAW OD ZŁEGO

Św. Jakub poucza nas: „Kto doznaje pokusy, niech nie mówi, że Bóg go kusi” (Jk 1,13). Kusi nas przede wszystkim diabeł. Ukazana w Piśmie Świętym historia ludzkości pokazuje, jak bardzo słaby jest człowiek wobec szatańskich pokus. Poddała się im Ewa, uległ im Adam. Poddawali się pokusom diabła przez wieki wszyscy, którzy popełniali grzechy. I my im ulegamy. To nasze doświadczenie powinno nas pobudzać do codziennego pokornego wołania do Boga: Zbaw nas od Złego i od zła.
Chleb, o który prosimy naszego Ojca, symbolizuje wszystko, co jest dobre i pożyteczne dla naszego ciała i duszy. Przeciwieństwem tego dobra jest zło. Zło jest tym, co nam szkodzi, pozbawia nas czegoś: zdrowia, radości, pokoju, dobroci serca, miłości, pokory, czystości, szlachetności. Największym złem jest to, które pozbawia nas wiecznego zbawienia. Wszystkie formy zła pojawiły się w świecie z powodu ingerencji upadłego ducha, którego można nazwać Złym. Diabeł jest zły, bo chce nas pozbawić każdego dobra, przede wszystkim – wiecznego. Potrzebujemy więc kogoś, kto by nas uchronił przed każdym złem i przed Złym. Na szczęście mamy takiego obrońcę. Jest Nim nasz Ojciec niebieski, Bóg Wszechmogący. Zbawić znaczy uwolnić, wyzwolić od jakiegoś zła i dać to, czego zło pozbawia, np. uwolnić od choroby i związanymi z nią cierpieniami znaczy dać zdrowie i radość, jaka się z nim wiąże. Bóg chce nas zbawić czyli wyzwolić od zła, które nas otacza i atakuje, oraz od zła, które wytworzyliśmy w nas samych przez powtarzane egoistyczne czyny, złe słowa, nieżyczliwe myśli, złośliwe plany, zaniedbywanie dobra. Tym złem jest ruina duchowa, nieład, nieporządek, jaki się w nas pojawił w skutek egoistycznego i nierozumnego działania, uległości zachciankom, kaprysom,  pożądliwościom. Nasz Ojciec niebieski jest wszechmogący, dlatego potrafi nas uwolnić od każdego zła, także od tego, które pojawiło się w naszych sercach. Tym złem jest przede wszystkim łatwość popełniania grzechów, do których się przyzwyczailiśmy, silny pociąg do zła i opieranie się mu z wielkim wysiłkiem.
Ojcze nasz, uwolnij nas od naszych grzechów i przywróć nam to, czego one nas pozbawiły. Przywróć nam zniszczony pokój, dobre relacje z bliźnimi, wspólnotę i radość życia, którą zniszczyły wyrzuty sumienia. Wybaw nas od zła, które nas otacza, i od zła, które powstało w naszych sercach. Matko Najświętsza, wypraszaj uwolnienie od zła nienawiści dla tych wszystkich, którzy o to nie proszą naszego dobrego Ojca.
Żeby właściwie rozumieć to zdanie, trzeba uwzględnić fakt, że Żydzi bardzo często mówili o Bogu jako o jedynym sprawcy wszystkiego.

Na przykład w Księdze Izajasza czytamy: „Ja jestem Pan, i nie ma innego. Ja tworzę światło i stwarzam ciemności, sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę. Ja, Pan, czynię to wszystko” (Iz 45,6–7). Nikt nie rozumiał tego i podobnych zwrotów w ten sposób, że Bóg jest bezpośrednim sprawcą zła. Ich właściwy sens jest taki, że nic nie dzieje się w świecie bez wiedzy Boga i bez Jego przyzwolenia.
Warto też wiedzieć, że greckie słowo peirasmos, tłumaczone tradycyjnie jako „pokuszenie”, oznacza w pierwszym sensie doświadczenie, próbę, a dopiero wtórnie pokusę. Zdanie „nie wódź nas na pokuszenie” jest więc prośbą człowieka w obliczu jakiegoś doświadczenia wiary czy próby człowieczeństwa. Wiem, że jestem słaby, liczę się z tym, że pokusa może mnie pokonać, dlatego wołam do Boga o ratunek, o pomoc.
Dobrym komentarzem rozjaśniającym wątpliwości jest fragment z pierwszego rozdziału Listu św. Jakuba. Apostoł wyjaśnia, że pokusy (doświadczenia) są naturalnym towarzyszem człowieka na drodze do świętości, co więcej, są szansą duchowego wzrostu. „Błogosławiony mąż, który wytrwa w pokusie, gdy bowiem zostanie poddany próbie, otrzyma wieniec życia, obiecany przez Pana tym, którzy Go miłują” (Jk 1,12).
I druga ważna prawda przypomniana przez św. Jakuba: „Kto doznaje pokusy, niech nie mówi, że Bóg go kusi. Bóg bowiem ani nie podlega pokusie ku złemu, ani też nikogo nie kusi. To własna pożądliwość wystawia każdego na pokusę i nęci. Następnie pożądliwość, gdy pocznie, rodzi grzech, a skoro grzech dojrzeje, przynosi śmierć” (Jk 1,13). To znakomity opis mechanizmu działania pokusy.
Sam Jezus doświadczał kuszenia na pustyni i wyszedł z tej walki zwycięsko. W Ewangelii czytamy, że „Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła” (Mt 4,1). Pokusa pochodzi od diabła, ale to jednak Duch (czyli Bóg) wyprowadził Jezusa na pustynię, na miejsce walki z pokusą. Papież Benedykt XVI zwraca uwagę, że doświadczenie pokus przez Jezusa było Jego zadaniem jako Mesjasza, czyli ważnym elementem Jego misji. Jezus znosi pokusy aż do śmierci na krzyżu. W ten sposób wchodzi „w obszar ludzkich pokus i upadków po to, aby nas ująć za rękę i wyprowadzić z nich. Szósta prośba Modlitwy Pańskiej uświadamia nam prawdę, o której często wolelibyśmy zapomnieć, a mianowicie, że modlitwa jest walką. Katechizm Kościoła poświęca kilka stron temu tematowi. Modlitwa walką? Przeciw komu? „Przeciw nam samym i przeciw podstępom kusiciela, który robi wszystko, by odwrócić człowieka od modlitwy, od zjednoczenia z Bogiem” (KKK 2725). Walka duchowa jest nieodłącznym elementem życia chrześcijanina. Oczywiście takiego chrześcijanina, który chce na serio żyć Ewangelią.

Modlitwa odsłania cały nasz wewnętrzny bałagan. Modlimy się tak, jak żyjemy. Nie powinno nas dziwić, że na modlitwie najsilniej odzywają się pokusy, że właśnie wtedy daje znać o sobie nasze zwątpienie, brak wiary, znużenie, domaganie się nagrody za cnotliwe życie, a nieraz nawet cielesne pożądanie. Zły wie, że każda chwila szczerej modlitwy jest ciosem dla jego planów, dlatego zrobi wszystko, by odciągnąć nas od modlitwy.
Papież Benedykt XVI, komentując słowa „nie wódź nas na pokuszenie”, odwołuje się do Księgi Hioba. Hiob został poddany strasznej próbie, nie stracił jednak wiary w Boga. Jego przykład pokazuje, że niektóre próby mogą być zamierzone przez Boga. Co więcej, bywają koniecznym etapem duchowego rozwoju. Papież pisze: „Ażeby osiągnąć dojrzałość, żeby miejsce powierzchownej pobożności mogło zająć głębokie zjednoczenie z Bogiem, człowiek musi przechodzić przez doświadczenia. Jak sok z winogron, by stać się szlachetnym winem, musi przejść proces fermentacji, tak też człowiek potrzebuje oczyszczenia i transformacji. Bywa to niebezpieczne dla niego, może nawet ponieść porażkę, są to jednak drogi, które trzeba przejść, by dojść do siebie samego i do Boga. Miłość jest zawsze procesem oczyszczeń i wyrzeczeń, bolesnych przemian, prowadzących do dojrzałości”
Słowa „nie wódź nas na pokuszenie” pokazują, że nie tylko wolno, ale wręcz trzeba prosić Boga o oddalenie pokus i doświadczeń. Czy w tej prośbie nie można dopatrzeć się pewnej analogii z dramatycznym wołaniem Jezusa w Ogrójcu „oddal ode mnie ten kielich”? Bóg nie chce nas dręczyć. On jest tym, który nas chce przeprowadzić przez ciemności ku światłu.
W wołaniu „nie wódź nas na pokuszenie” jest coś na wskroś ludzkiego, jest lęk przed próbą, przed bólem, śmiercią. Nikt z nas przecież nie wie, jak się zachowa w chwili próby, czy wytrzyma, czy się sprawdzi, czy też okaże się słabeuszem. Dlatego, gdy modlimy się: „nie wódź nas na pokuszenie”, to mówimy Bogu: „Wiem, że potrzebne mi są doświadczenia (…), ale pamiętaj, proszę, o moich ograniczonych możliwościach. Nie licz za bardzo na mnie. Nie przesuwaj zbyt daleko granic, w których mogę doznawać pokus, i bądź w pobliżu z Twoją opiekuńczą ręką, gdy moja wiara zaczyna już dobiegać końca” (Benedykt XVI). Przed Bogiem nie musimy udawać bohaterów, mamy prawo stanąć przed Nim ze swoimi lękami.
 „To – jak pisze Papież – prośba o to, żeby Bóg nie nakładał na nas większych ciężarów, niż zdołamy udźwignąć, i żeby nie wypuszczał ze swych rąk”. Święty Paweł dodaje nam otuchy: „Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać (1 Kor 10,13)”. Pełny sens prośby „nie wódź nas na pokuszenie” można uchwycić wtedy, kiedy czyta się ją łącznie z ostatnim wezwaniem: „ale nas zbaw ode Złego”.
Ostatnia prośba „Ojcze nasz” to wołanie o ratunek udręczonych przez zło. Wiara mówi: zło jest realne, niebezpieczne, stoi za nim szatan, ale Bóg ma władzę nad złem, z Nim zwyciężymy. Dlatego Kościół zanosi w modlitwie przed Boga całą niedolę świata.
Wiara i modlitwa osadzone są zawsze w kontekście. Słowa: „zbaw nas ode złego” są wołaniem do Boga w obliczu zła. Tego zła, która atakuje nas tu i teraz. Wskazują też na Boga jako na jedyną ucieczkę, jedyną nadzieję człowieka. Nie zbawimy się sami. Nie pokonamy ani zła, ani Złego o własnych siłach. Zbawia tylko Bóg.
Komentarze biblijne zwracają uwagę, że słowo „zły” (gr. poneros) może oznaczać zarówno jakieś konkretne zło moralne (grzech) lub fizyczne, jak i Złego, czyli szatana. Oba te znaczenia wiążą się ze sobą. Skutkiem działania Złego jest przecież konkretny grzech czy też fizyczne cierpienie. Katechizm Kościoła Katolickiego, być może ze względu na trudności współczesnego człowieka z uznaniem prawdy o istnieniu szatana, kładzie akcent na to drugie znaczenie: „Zło, o którym mówi ta prośba, nie jest jakąś abstrakcją, lecz oznacza osobę, szatana, Złego, anioła, który sprzeciwił się Bogu. »Diabeł« (dia-bolos) jest tym, który »przeciwstawia się« zamysłowi Boga i Jego »dziełu zbawienia« wypełnionemu w Chrystusie” (KKK 2851).
Pismo Święte i Tradycja Kościoła widzą w szatanie upadłego anioła. Diabeł i inne złe duchy zostały stworzone przez Boga jako dobre z natury, ale same uczyniły się złymi (zob. KKK 391). Tak jak w przypadku człowieka zło pojawia się więc jako „uboczny produkt” wolności. „Pismo Święte mówi o grzechu tych aniołów. Ich »upadek« polega na wolnym wyborze dokonanym przez te duchy stworzone, które radykalnie i nieodwołalnie odrzuciły Boga i Jego królestwo” (KKK 392).
Biblia ukazuje szatana jako przeciwnika Boga i Bożych planów względem człowieka, jako przeciwnika Chrystusa (kuszenie na pustyni, uzdrawianie z opętania, walka w godzinie męki) oraz przeciwnika chrześcijan. Najważniejsze jest jednak to, że jest on nieprzyjacielem pokonanym. Chrystus przez śmierć i zmartwychwstanie zwyciężył szatana. Wprawdzie nadal ma on moc szkodzenia, ale jego ostateczna klęska jest tylko kwestią czasu. Dobra Nowina głosi, że zło nie jest równorzędną siłą wobec dobra. Diabeł nie jest jakimś „złym bogiem”. Dobro na końcu zawsze zwycięża. Tylko dobro ma charakter absolutny, bo dobry jest Bóg. Katechizm mówi wyraźnie: „Moc szatana NIE jest nieskończona. Jest on TYLKO stworzeniem; jest mocny, ponieważ jest czystym duchem, ale jednak stworzeniem: nie może przeszkodzić w budowaniu królestwa Bożego. (...) Dopuszczenie przez Boga działania szatana jest wielką tajemnicą, ale »wiemy, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra« (Rz 8,28)” (KKK 395).
W oryginalnym tekście Modlitwy Pańskiej ostatnia prośba brzmi bardziej dramatycznie i dynamicznie niż po polsku. Greckie rysai znaczy dosłownie „wyrwij z niebezpieczeństwa”. W innych tekstach biblijnych to słowo pojawia się tam, gdzie chodzi o ingerencję Boga w ostatnim momencie.
Kiedy modlimy się „zbaw nas ode złego”, prosimy Boga o zwycięstwo w walce z grzechem, z pokusą, ze śmiercią. Ta prośba nie może być cichym, nieśmiałym jękiem. „Musi być wołaniem odważnym, mocnym i pełnym ufności. Musi głosić naszą gotowość do walki przy boku Chrystusa. Albowiem Jezus, Jego Ojciec i Jego Duch walczą. Bóg nie jest biernym widzem naszej walki, siedzącym na odległym tronie. Włącza się w nasz wysiłek” (mnich kościoła Wschodniego). Linią frontu, miejscem starcia ze złem, z szatanem, jest moje serce. Bóg jest moją mocą, ale to ja walczę, zmagam się.
Ostatnia prośba „Ojcze nasz” to także modlitwa o wolność, o całkowite wyzwolenie z wszelkich wewnętrznych niewoli. To prośba o uwolnienie od lęku, od zastraszenia przez zło. To wejście pod zwycięski sztandar krzyża. Św. Paweł w mocnych słowach wyraził pewność zwycięstwa, którą daje wiara w Chrystusa: „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (…). Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? (…) We wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował” (Rz 8,31–37).
W tej ostatniej prośbie Kościół zanosi przed Boga Ojca niedolę całego świata. Prosząc o wybawienie od zła przygniatającego ludzkość, błaga o cenny dar pokoju i łaskę wytrwałego oczekiwania na powrót Chrystusa” (KKK 2854). W liturgii Mszy świętej właśnie ta ostatnia prośba Modlitwy Pańskiej zostaje rozbudowana, „pociągnięta” dalej przez celebransa: „Wybaw nas, Panie, od zła wszelkiego i obdarz nasze czasy pokojem. Wspomóż nas w swoim miłosierdziu, abyśmy zawsze wolni od grzechu i bezpieczni od wszelkiego zamętu, pełni nadziei oczekiwali przyjścia naszego Zbawiciela, Jezusa Chrystusa”.

„Amen” na zakończenie Modlitwy Pańskiej oznacza „niech się tak stanie”. To coś jak podpis pod wszystkimi siedmioma prośbami. W języku hebrajskim to słowo ma taki sam rdzeń jak słowo „wierzyć”. Wyraża trwałość, niezawodność, wierność.

wtorek, 11 czerwca 2019

Krzyż jak go zrozumieć po co go dźwigać?

Dlaczego krzyż to taki ważny symbol dla chrześcijanina? Jak go odczytywać, jak rozumieć? Co zrobić, by było nam łatwiej go przyjąć?? I po co tak naprawdę jest on nam potrzebny? Takie i inne pytania zapewne pojawiają się nie raz w naszych głowach. Spróbuję trochę wam przybliżyć tajemnicę krzyża i wskazać jak go przyjmować, by był łatwiejszy do niesienia w naszym życiu.

Krzyż to jeden z najbardziej czczonych w chrześcijaństwie znaków. To znak naszego zbawienia. Dziś dużo mówi się o krzyżu, o jego szanowaniu, wartości, o wieszaniu go w miejscach publicznych i prywatnych. Dyskusja ta może i nawet powinna zachęcić nas – katolików do zastanowienia się nad symbolem krzyża, jego historią, pochodzeniem…
Krzyż jest znakiem sprzeciwu. Jedni go kochają inni pragną zniszczyć. Jest symbolem cierpienia, a zarazem miłości. Jest piękny i tragiczny w jednym momencie. Lepiej, gdy go się wzywa niż przechodzi obojętnie. Znak krzyża czynimy, rozpoczynając i kończąc modlitwę, kreślimy go dzieciom na czołach w geście błogosławieństwa, a także błogosławiąc pokarmy. Krzyż jest znakiem rozpoznawczym chrześcijańskich świątyń, przydrożnych kapliczek i cmentarzy. Oczywiście cześć i szacunek do krzyża wynikają z faktu, że Chrystus użył go właśnie jako narzędzia naszego odkupienia.

Krzyż symbolizuje także poświęcenie, gotowość do ofiary, wartość cierpienia, dlatego obecny jest nawet w sferze świeckiej. Widnieje nie tylko na flagach wielu państw, np. skandynawskich, ale także użyczył swej formy licznym odznaczeniom państwowym, na przykład Krzyż Virtuti Militari.

Krzyż towarzyszy każdemu człowiekowi przez całe jego życie. Nie zależnie czy jest on wierzący czy nie. Krzyża nie da się uniknąć. Towarzyszy on każdemu człowiekowi od narodzin, aż do śmierci, z tym, że im bliżej kresu życia, tym krzyż staje się cięższy Każdy człowiek żyjący na ziemi niesie swój krzyż. Większy czy mniejszy, taki, jaki jest w stanie unieść, jaki jest przeznaczony właśnie dla niego. Przypominają o tym nieustannie uciążliwości podeszłego wieku, coraz liczniejsze choroby i niedomagania. Dźwiganie krzyża staje się wówczas bardzo ciężkie. Co więcej, dostrzeganie bezsensu choroby i cierpienia przez człowieka umierającego, rzutuje na jego myślenie o przeszłości. Nic zatem dziwnego, że u człowieka niewierzącego bardzo często, w ostatnich chwilach jego życia, pojawia się refleksja: zmarnowałem życie...

Dlaczego jednak Krzyż Chrystusa ma być obecny w naszym życiu? Odpowiedź kryją słowa: "Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne" (J 3,16).

Trzeba docierać do miłości Bożej i przez Krzyż Chrystusa stale z niej czerpać odkupienie, nawrócenie, i umocnienie naszych serc i dusz. Mamy wzorować się na Chrystusie, który jako pierwszy wziął krzyż i poprzez swoją śmierć wysłużył nam łaskę życia wiecznego. Tylko dzięki tej łasce chrześcijanin ma siłę, by dźwigać swój krzyż każdego dnia.

Krzyż Chrystusa stanowi "jedyną nadzieję" dla tych, którzy są cierpiący, znękani, utrudzeni - faktycznie dla wszystkich ludzi. Nie ma bowiem człowieka, który nie doznawałby bólu, fizycznego czy duchowego, pochodzącego od świata, czy takiego, który sam sobie zadaje. Bólu zawinionego i - niezawinionego, jak w przypadku biblijnego Hioba. Tak naprawdę, nie ma życia bez ofiary, wyrzeczenia, trudu, wysiłku, cierpienia. Bez Chrystusowego krzyża ludzkie cierpienie pozostaje niewytłumaczalne, bezsensowne, jakby bezwartościowe. Poza Bogiem trudno stawić mu czoła. Dlatego więc warto patrzeć z miłością na krzyż Chrystusa, adorować go, w nim odnajdywać sens swego cierpienia.

  Krzyż Chrystusa jest znakiem, że Bóg podzielił ludzki los. Razem z człowiekiem przyjął mękę, samotność, zniósł szyderstwo i niesławę, okazał bezbronność i wybaczył prześladowcom. Kiedy więc patrzymy na krzyż, wiemy, że Syn Boży naprawdę przeżył ludzkie cierpienie. W pełni je podzielił. I nie ma takiego cierpienia, którego by nie doznał. Nie ma takiej winy, wstydu, samotności, głodu, ucisku czy wyzysku, nie ma tortur, więzienia czy morderstwa, przemocy czy zagrożenia, które byłyby Mu obce. Stąd wiadomo, że nie jesteśmy sami w naszym cierpieniu. Bóg w Jezusie i przez Jezusa stał się rzeczywiście Emmanuelem, Bogiem z nami. Właśnie chrześcijańska nadzieja wynika z wiary w takiego Boga, którego obchodzi ludzki los. Stąd dzięki krzyżowi Chrystusa, człowiek w swym trudzie czuje się spokojniejszy i mocniejszy, gdyż wie, że nie pozostaje sam i jest kochany przez Stwórcę. Dobrą Nowiną Ewangelii nie jest to, że Bóg przyszedł po to, by nas uwolnić od cierpienia, ale by w nim uczestniczyć. Ludzkie cierpienie nabiera sensu dlatego, że sam Chrystus, całkowicie niewinny, nie mający żadnego grzechu, zaznał tak wiele bólu i męki. "Bóg własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał" - mówi św. Paweł (por. Rz 8, 32). Słowa te stanowią chyba jedyne wyjaśnienie sensu udręki, trudu, ofiary. Dają siłę wytrwania, przywracają nadzieję.

Chodzi tu o nadzieję w sensie chrześcijańskim. Nie usuwa ona trudów, cierpień, zmagań. Nadaje jednak im sens, wskazuje cel i drogę. Jest czymś znacznie więcej niż zwykłym optymizmem. Pomaga bowiem pogodzić się z tym, czego nie można zmienić i daje odwagę, by zmieniać to, co zmienić można. Umie przeciwstawić się rozpaczy, ale pomaga wykrzesać w nas nowe siły. Pozwala bowiem widzieć dalej aniżeli to, co teraz człowiek widzi własnymi oczyma. Nie jest więc "matką głupich", ale mądrością trwania przy życiu. Wyrazem nadziei chrześcijańskiej jest walka ze złem.
Jezus nie pomniejszał grozy krzyża. Pokazałnawet, że nie należy cierpienia szukać. W Ogrodzie Oliwnym najpierw prosił Ojca: Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich (Łk 22, 42). Zabrać "kielich" to znaczy: odsunąć trudny los przeznaczony człowiekowi. Jezus prosił o odsunięcie swego bolesnego losu. Zatem i my nie tylko możemy, ale powinniśmy starać się o uniknięcie cierpienia. Z jednym jedynym wyjątkiem: nigdy za cenę grzechu zaparcia się. Bóg nie chce ludzkiego cierpienia i nie cieszy się, kiedy ludzie cierpią. Jakże często cierpimy niepotrzebnie, z własnej winy, wiele cierpienia sami na siebie sprowadzając. Człowiek musi starać się łagodzić cierpienia, likwidować jego źródła, np. egoizm, nienawiść, pogardę. Ale przychodzą też cierpienia jakby spoza nas, których odsunąć nie można.
 Jezus przyjął krzyż wtedy, gdy wiedział, że nadeszła godzina Jego męki, naznaczona przez Ojca. Modlił się wówczas długo, wypowiadając najtrudniejsze, ale najbardziej istotne słowa, jakie można wyrzec w obliczu bólu: "Bądź wola Twoja" (por. Łk 22, 42).

Często człowiek odnosi wrażenie, że w obliczu cierpienia, trudu i śmierci pozostaje sam. Nawet Bóg wydaje się mu wtedy daleki i nieobecny. Myśli, że go opuścił. Ale nieobecność Boga jest tylko pozorna. Gdy bowiem człowiek cierpi, Stwórca znajduje się najbliżej niego, podtrzymuje go. Gdy człowiek dźwiga swój krzyż, Bóg jest z nim. Obecność Boga jest jednak jeszcze głębsza. Chrystus pozostaje nie tylko przy cierpiącym, ale w cierpiącym. Jest to jednak obecność Jezusa cierpiącego, którą można dostrzec jedynie w perspektywie wiary. Bóg  jest tak blisko cierpiących, że się z nimi wręcz utożsamia. Dlatego i człowiek w cierpieniu winien być blisko Boga: zbliżać się do Niego, a nie oddalać. Można powiedzieć, że Chrystus nie przyniósł ludzkiego wyjaśnienia tajemnicy cierpienia, ale zasadniczo zmienił do niego stosunek. Wskazał, że krzyż nie jest bezużyteczny i nie musi oznaczać przegranej czy klęski. I że cierpiący mogą czuć się szczęśliwi, gdyż ich udziałem będzie nadchodzące królestwo Boże. Przez swój przykład Jezus dowiódł, że nie jest ono daremne. Dlatego wiara w Niego nadaje wartość cierpieniu i przywraca nadzieję. Może dawać taką siłę, jak papieżowi Janowi Pawłowi II, o którym Joachim Navarro-Valls, rzecznik Stolicy Apostolskiej, powiedział kiedyś, podczas jednej z konferencji prasowych: "To wspaniały człowiek, nawet nie pamięta, że niesie krzyż".

Krzyż daje nadzieję, że wszelkie zło, przez jakie musimy przechodzić, nie tylko nie musi nas zniszczyć, ale może stać się drogą duchowej przemiany, a nawet umocnienia.

Krzyż wyraża przede wszystkim poddanie Ojcu i miłość do człowieka. Jest najwyższym dowodem miłości do człowieka, jak to ujmuje Ewangelia: "Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich" ( J 15, 13).

Krzyż Chrystusa był przejściem przez piekło stworzone przez ludzki grzech na ziemi. Było to przejście w postawie nie tylko całkowitego posłuszeństwa Ojcu, ale też miłości do wszystkich ludzi, także do tych, którzy zadawali Mu ból. Dlatego krzyż daje nadzieję, że miłość jest możliwa w każdych warunkach i w każdej sytuacji. Krzyż wywołuje  nie tylko współczucie, ani tym bardziej przygnębienie, ale głównie zdumienie i wdzięczność.  Na krzyż Chrystusa możemy patrzeć z wdzięcznością i zdumieniem, lecz również z nadzieją.
Jeżeli Bóg własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby także wraz z Nim wszystkiego nam nie darować? (Rz 8, 32) - pytał z ufnością św. Paweł. Z krzyża Chrystusa płynie więc owa wielka nadzieja, z jaką grzeszny człowiek staje przed Bogiem, prosząc Go o darowanie grzechów, miłosierdzie i o życie wieczne. Wie bowiem, że może być zbawiony dzięki Temu, który nas umiłował aż do końca.

Krzyż nie był końcem, kresem, ostatecznym celem. Po nim przyszło Zmartwychwstanie.

Krzyż nabiera wartości właśnie w blasku zmartwychwstania. Wówczas staje się jasne, że jest miejscem zwycięstwa. Stąd nie można rozważać tajemnicy krzyża bez zmartwychwstania, które jest z nim nierozerwalnie związane.

 Panowanie Chrystusa uwidoczniło się dzięki zmartwychwstaniu, ale zaczęło się na krzyżu.
A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w niego wierzy miał życie wieczne (J 3, 14-15). Chrystus zostaje wywyższony jako ofiara, zatem krzyż jest znakiem zniszczenia. I Chrystus jest wywyższony w chwale, krzyż staje się więc jednocześnie znakiem nadziei. Zwycięstwo Chrystusa nad cierpieniem jest zwycięstwem człowieka, którego los Jezus uczynił swoim losem. Dlatego człowiek chce mieć znak krzyża: tam, gdzie mieszka, uczy się lub pracuje, gdzie cierpi i walczy, gdzie umiera i jest grzebany. Wie bowiem, iż jego ziemskie trudy nabierają właściwego sensu w świetle Jezusowego krzyża, ale też jego całe życie może zakończyć się zwycięstwem.
Krzyż nieustannie przypomina, że droga do chwały wiedzie przez trud i zaparcie się siebie. Bo zmartwychwstania Chrystusa nie można rozpatrywać bez Jego krzyża. I jeśli człowiek nie przedzie drogi krzyżowej z Jezusem i nie utożsami się z Jego cierpieniem, to radość z "pustego grobu" zmartwychwstałego Pana będzie niepełna, płytka, wręcz banalna. Radość w chrześcijaństwie zawsze przychodzi po krzyżu, cierpieniu, wyrzeczeniu, wysiłku. Dlatego krzyż i zmartwychwstanie Chrystusa wiążą się nierozerwalnie także z ludzkim losem.

Aby iść za Jezusem, człowiek musi wziąć swój krzyż, swoje cierpienia, niepokoje, niepowodzenia, zniechęcenia. Musi przejść drogę krzyżową, odnaleźć w niej własne życie, przeżyć upadki i powstania, aby zmartwychwstać. Musi też, jak Chrystus, przejść przez śmierć, aby odnaleźć prawdziwe życie. Innej drogi nie ma.
Na tym właśnie polega nadzieja płynąca z krzyża - na zaufaniu do Bożej miłości, dobroci i obietnicy nowego życia. Jest ona nie tylko ufnym oczekiwaniem przyszłych dóbr, ale wyraża się także w pewności pomocy, nieustannie udzielanej przez Boga. Zwraca się przeciw ludzkiej rezygnacji i rozpaczy. Chroni przed zwątpieniem i egoizmem, podtrzymuje w każdym opuszczeniu. Daje moc do realizacji chrześcijańskiego powołania w świecie i do walki o wieczność. Daje siłę, by móc zmartwychwstawać codziennie: z lenistwa, przyzwyczajenia, uzależnień, wygody, grzechu. By wciąż zaczynać od nowa, bo dla Boga człowiek nigdy nie jest przegrany.

- Jaki jest „mój" krzyż? Do czego jest potrzebny?" - to najczęstsze pytania.

Wielu myśli, że krzyż niosą wtedy, gdy np. przyjdzie na nich długotrwała choroba. Często też słychać narzekanie: „mam ciężki krzyż z moim mężem (żoną) itp.
Lecz nie to jest istotą krzyża, który każdy uczeń Jezusa Chrystusa ma na siebie wziąć.

"Jeśli kto chce pójść za mną niechaj się zaprze samego siebie i bierze swój krzyż na siebie codziennie, i naśladuje mnie". Łk 9,25

Z tego wiersza wynikają cztery wyraźne zasady odnośnie krzyża;

* Jest on DOBROWOLNY („kto chce”). Mogę go przyjąć, ale mogę go odrzucić. A czy tak jest np. z chorobą? Czy przychodzi ona kiedy chcę, i ustępuje, kiedy zechcę? Nie! Wszelkie choroby, utrapienia ze strony bliskich przychodzą z zewnątrz - niezależnie od tego czy chcemy, czy nie chcemy. Natomiast krzyż bierzemy dobrowolnie - jest to nasza świadoma, wolna decyzja.

*po drugie – „niesienie krzyża" jest związane z zaparciem się siebie. Nie "przynoszą" mi go inni ludzie czy okoliczności zewnętrzne, jak choroba, czy prześladowania. Przynoszą go okoliczności wewnętrzne - pochodzące z naszego wnętrza. Krzyż ma miejsce tylko wtedy, kiedy zapieramy się samego siebie - czyli nie czynimy własnej woli.

* Po trzecie - krzyż musimy nieść CODZIENNIE. Nie ma jakichś określonych, wyjątkowych okresów (np. dopiero w starości).

* I po czwarte - krzyż jest związany z NAŚLADOWANIEM Pana Jezusa Chrystusa.

Nikt nie może twierdzić, że idzie za Jezusem Chrystusem, jeśli nie niesie SWEGO krzyża. Łuk.14,27.

Po co więc mam nieść swój krzyż? Odpowiedź jest prosta: aby mógł umrzeć na nim "stary człowiek" z jego pożądliwościami, zasadami, nawykami i prawami.

„Umartwiajcie tedy to, co w waszych członkach jest ziemskiego..." Kol.5,5.

Właśnie do tego potrzebny jest krzyż. Bóg nie podejmuje się udoskonalenia naszej starej natury. Nie zamierza jej poprawiać, prostować czy retuszować.

Słowo z Gal.5,24 daje nam wyraźną wskazówkę: „A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, UKRZYŻOWALI ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami." (Por.Rzym.6,6)

Gdzie jest więc miejsce naszej starej natury? Na krzyżu!!

"Niesienie krzyża", to nie ceremonia, nie chrześcijański slogan, ani jakaś fikcja - to coś bardzo praktycznego.

A jak my traktujemy swój krzyż? Jak relikwię czy jako skuteczny środek walki z naszymi namiętnościami i żądzami?

To jest bardzo ważne - zrozumieć zasadę działania krzyża w naszym życiu.
Niestety, wielu tego nie rozumie i dlatego nie doświadczają mocy krzyża. Jedyne, czego doświadczają „ze strony krzyża", to przebaczenie popełnionych grzechów. I na tym mamy poprzestać?! Przenigdy!

Krzyż niesie wolność nie tylko od skutków grzechu, lecz także od mocy grzechu.

„Kto z Boga się narodził, grzechu nie popełnia.." J 5,9 

Wielu chrześcijan żyje nadal cielesnym życiem. 1 Kor. 3,3 Dlaczego? Ponieważ nie niosą „swego krzyża", na którym mogli by ukrzyżować swoje „ciało wraz z jego namiętnościami i żądzami". Dlatego dalej żyją według ciała.

Wielu nie chce podjąć krzyża, ponieważ ogarnia ich przerażenie, że stracą wtedy wszystko ze starego życia - wszystkie przywileje, przyjemności, prawa i racje „starego Adama":

Zawsze cierpieć krzywdę?!? 1 Kor.6,7

Zawsze się uniżać? Flp.2,5

Oddawać dobrem za złe? Rzym.12,14

Zawsze przebaczyć - choćby i 77 razy?!? Mt.18,22

Nie jest to możliwe, jeśli rządzi jeszcze w naszym życiu stara natura, dawne zasady i prawa. Wtedy rządził odwet, pycha, gniew, zazdrość itp.
Jeśli się tego pozbędę, ukrzyżuje te cechy razem z Chrystusem na krzyżu to dopiero wtedy zacznę żyć nowym życiem, prowadzonym w pełni Ducha Świętego.

Tak! Trudno jest „sprzedać wszystkie perły", wszystko, czym się żyło, co było miłe i wygodne dla ciała.

Ale taka jest rzeczywistość nowego narodzenia; „Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem, stare przeminęło, oto WSZYSTKO stało się NOWE" 2 Kor.5,17

Nowe prawa, nowe wartości, nowe zasady życia, nowe obowiązki, nowe przywileje... WSZYSTKO nowe!!

O tym, że jestem uczniem Jezusa - a co za tym idzie, niosę krzyż – nie przesądza fakt nowego narodzenia, czy chrztu. Uczniem staję się, jeżeli zaczynam wypełniać warunki podane przez Pana Jezusa Chrystusa:

„Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się ZAPRZE SAMEGO SIEBIE, BIERZE KRZYŻ SWÓJ na siebie CODZIENNIE, i NAŚLADUJE mnie".

Może wiele lat zmarnowałeś, żyjąc tylko „w cieniu" krzyża z Golgoty?

Krzyż był ci tylko potrzebny do uzyskania przebaczenia grzechów. A potem wracałeś znowu pod bezlitosne rządy cielesnych pożądliwości: zazdrości, gniewu, pychy, nieczystości, kłótni ? Działo się tak dlatego, ponieważ „twój krzyż" leżał cały czas na uboczu. Nie zadałeś sobie trudu, by go podnieść i nieść codziennie. Gdzie więc miał umrzeć „stary człowiek" – „ciało wraz z namiętnościami i żądzami"?

Zacznij więc naśladować Pana Jezusa Chrystusa. Tak, jak On kiedyś złożył swoje życie na ołtarzu krzyża, złóż i ty swoje życie na krzyżu. Czyń to nie od wielkiego święta, czy raz w życiu, ale tak, jak Apostoł Paweł - na każdy dzień.

Niech pożądliwości ciała, które codziennie odzywają się w nas, będą pokonane przez moc krzyża. Jeśli chodzimy w mocy Ducha Świętego - będzie to możliwe!

Błogosławiony jest ten, który na wezwanie Jezusa Chrystusa - "Pójdź za mną" - porzuci wszystko i tak, jak Dwunastu - pójdzie za Jezusem. Mt.19,27

Tak, jak kiedyś dla Apostołów, w jego życiu zacznie się nowy, wspaniały okres:

Zacznie „wychodzić" ze starego, gnuśnego i upadłego życia w samowoli, egoizmie i nieposłuszeństwie, do nowego - radosnego i zwycięskiego życia w Duchu Świętym.

Zostanie wyzwolony spod panowania cielesnych pożądliwości do życia „w sprawiedliwości i świętości prawdy". Ef.5,22-24

Doświadczy mocy zmartwychwstałego życia, pokoju i wspaniałej radości, którą przeżywają wszyscy uczniowie Jezusa Chrystusa:

„Z Chrystusem jestem ukrzyżowany, żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus...".Gal.2,20



Symbolika krzyża.

Dolna część krzyża symbolizuje prawdziwe posłuszeństwo względem władzy i świętego Kościoła; do niej przytwierdzone są stopy z pomocą zaufania, które uzdolnia do zdania się we wszystkim na Boga.
Miejsce, gdzie przecinają się ramiona, oznacza dobrowolną rezygnację z własnej woli i prawdziwe wyrzeczenie, dzięki któremu ochotnie znosisz wszelkie, nawet najcięższe, cierpienie pochodzące od Boga czy ludzi, cieszysz się z niego i chętnie się pochylasz na przyjęcie krzyża.
Górna część krzyża oznacza miłość. Chrystus nie miał na czym oprzeć głowy – do tego stopnia był opuszczony, pozbawiony pociechy, przyjaciół i pomocy. Nie było żadnego oparcia. Tylko opuszczenie, porzucenie ze strony Boga i stworzeń. Osamotnienie, z którego wyrwały się słowa: Boże, Boże mój, czemuś Mnie opuścił! Jego głowa nie znajdywała żadnej podpory. Gdyby człowiek miał miłość, doświadczał Boga, i wtedy poczuł pragnienie wejścia w ten stan opuszczenia i rzeczywiście odczuwał takie pozbawione wszelkiej pociechy opuszczenie – cóż mogłoby jeszcze wzbudzić w nim niepokój? Głowa, symbolizująca miłość, opadała, pozbawiona jakiegokolwiek oparcia.

Moi drodzy, jakkolwiek byście postąpili, nie ma innego wyjścia. Jeśli ktoś chce się stać dobry i dojść do Boga, musi dźwigać krzyż. Zatem musi stale cierpieć, a więc – nieść jakiś krzyż. Jeśli się uchyli od jednego, napotka inny.
Oby święty Krzyż tak nas pociągnął, żebyśmy mogli nosić nasz własny krzyż z miłością i radością. Niech nam Bóg do tego dopomoże!
Tymi słowami księdza Marka Chrzanowskiego warto się modlić, by pokochać swój krzyż: 
Krzyżu co bolisz
Krzyżu zatknięty na szlaku
wędrowania naszego
krzyżu z prostego drzewa
jak moje życie
z nieociosanych kamieni
jak moje sumienie
krzyżu co bolisz
w noce nieprzespane
krzyżu którego ramiona
są jak ramiona Chrystusa
przyciągnij mnie do siebie
i pomóż uwierzyć
że jesteś drogą ku życiu..”

A na koniec jeszcze przytoczę tekst usłyszany kiedyś na kazaniu:

Co mówi krzyż do Ruczajowskiego Kościoła? A jednocześnie do każdego z nas?
Czy widzisz te rany?
Czy widzisz tą niewinną krew?
Czy słyszysz dramatyczną walkę płuc Jezusa o centymetry sześcienne zwykłego powietrze?
Czy słyszysz, jakie obelgi płyną w Jego stronę?
Czy czujesz ciężar grzechów całej historii i geografii świata?
To mówi krzyż do Ruczajowskiego Kościoła:
Człowieku! Nie narzekaj!
Żaden szpital.
Żadna choroba.
Żaden inwalidzki wózek.
Żaden rząd.
Żadne bezrobocie.
Żadna teściowa, babcia, sąsiadka.
Nie ma większego bólu niż ból Jezusa. Nie narzekaj. Nie płacz.
Żaden ból po jego śmierci nie jest większy od Jego bólu i żadne cierpienie po Jego cierpieniu nie jest samotne.
On cierpi z Tobą. On cierpi w Tobie. On Cierpi za Ciebie.
Mówi dalej krzyż do Ruczajowskiego Kościoła:
Kochany!
Co zrobiłeś dla swoje żony? Dla swojego męża?
Co zrobiłaś dla swojej przyjaciółki? Co zrobiliście dla swoich dzieci?
Pracujesz? Poświęcasz minuty i godziny? Dajesz pieniądze? Pomagasz? I dobrze.
Ale nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich. Jezus umiera za Ciebie. To największa miłość.
Jezus Cię kocha. Po co miałby umierać, gdyby mu nie zależało na Tobie?
Choćby ojciec i matka zapomnieli o Tobie – Jezus Cię kocha.
Choćby już dawno mąż był tylko współlokatorem - Jezus Cię kocha.
Choćby cała klasa wytykała palcem - Jezus Cię kocha.
Choćby koledzy w robocie podstawili ci świnię - Jezus Cię kocha.
Choćby nikt nie chciał zrozumieć Twojej samotności - Jezus Cię kocha.
I nikt nie ma prawa powiedzieć: Nie jestem kochany! Ani maleństwo z domu dziecka, ani staruszka ze starości domu.
Dalej mówi krzyż do Ruczajowskiego Kościoła:
Mój skarbie!
Czy umarłbyś za paczkę chipsów? Czy umarłbyś za paczkę paluszków? Czy umarłbyś nawet za 100.000 zł? Nie? To dobrze, bo to mała wartość. Skoro Jezus umarł za Ciebie, to jesteś wartością.
Nie umiera się za byle co. Nie umiera się za byle kogo. Skoro sam Bóg zgodził się na śmierć za Ciebie, to znaczy, że jesteś wartością. A skoro Bóg umarł za nas wtedy, kiedy byliśmy grzesznikami, to tej wartości nie zniszczy w Tobie nic - ani grzech, ani sytuacja rodzinna, ani finanse ani przyszłość.
Jesteś wartością. Nie dlatego, że ładnie wyglądasz. Nie dlatego, że masz pracę. Nie dlatego, że umiesz coś zrobić. Nie dlatego, że zdałeś maturę. Nie dlatego, że jesteś zdrowy. Nie dlatego, że wychowałeś dobrze dzieci. Jesteś wartością, bo umarł za ciebie Jezus!
Jesteś drogi w Jego oczach – mówi przez Biblię. A On się nie myli.
Umarł za Ciebie, bo chce zniszczyć Twoje grzechy – zerwać z Twego serca ten stary płaszcz, który przysłonił w Tobie bezcenną wartość.
Dlatego w Wielki Piątek nikt nie ma prawa powiedzieć – życie moje nie ma sensu.
Nikt nie ma prawa tego życia odebrać sobie lub innym.
Nikt nie ma prawa wpadać w kompleksy, dołki psychiczne i załamania. Bo jesteśmy cenni. Tak wiele za nas zapłacono!
To mówi krzyż do Ruczajowskiego Kościoła:
Moje dziecko! Popatrz na moje rozwarte ramiona. Ta poprzeczna moja belka mówi: Nie lękaj się! Zawsze możesz do mnie wrócić.
Nie lękaj się! Jak dobry tatuś czekam na ciebie z otwartymi ramionami i jestem przy tobie. Nie lękaj się o przyszłość! Gdybym nie chciał, abyś się urodził, to bym sobie poradził z tobą, mimo najlepszej woli twoich rodziców. Nie lękaj się! O życie, o pracę, o szkołę, o męża, o samotność, o dzieci, o bezdzietność, o grzechy, o nie-grzechy, o wygląd, o brak wyglądu, o babcię o wnuczkę.
Nie lękaj się!
Nie po to umarłem, aby Cię zostawić samemu.
Dalej mówi krzyż do Ruczajowskiego Kościoła:
Mój biedaku! Popatrz na pionową belkę. Jak wodospad z hukiem zalewa nizinę, tak moje miłosierdzie płynie niegasnącym strumieniem z nieba na ziemię. Tak płynie pokój. Tak płynie moc. Tak płynie radość. Otwórz swe serce. Nie marnuj łaski. Już 2000 lat płynie wodospad miłości korytem krzyża. Otwórz swe serce a nie mów jestem słaby, jestem smutny, jestem niespokojny.
Otwórz swe serce!
To mówi krzyż do Ruczajowskiego Kościoła:
nie narzekaj, Jezus Cię kocha, jesteś wartością, nie lękaj się, otwórz swe serce.
Drodzy bracia i siostry, przyjaciele!
Ziemia się trzęsie, twarde skały pękają z bólu, umarli wstają z grobu, zasłona przybytku rozdziera się na dwoje, słońce traci z żalu swój radosny promień, ciemności zła zalegają ziemię

- a my?!
Nie stójmy bezczynnie w tej śmierci Jezusowej godzinie!
Zedrzyjmy z krzyża zasłonę naszego grzechu!
Podejdźmy do niego!
Wsłuchajmy się, co mówi milczący krzyż.
I ucałujmy,
bo na nim umarł Jezus - Bóg który jest miłością.

Najpiękniesza modlitwa do Pana Jezusa.❤️.

Kiedy znajdziesz krzyż na drodze.
Kiedy ciężko będzie ci.
Nie mów – Jezu już nie mogę,
Tylko – Jezu pomóż mi.

Pomóż Jezu dźwigać krzyż,
Co ku ziemi gniecie mnie.
Pomóż Jezu bo ustaję
i do siebie przytul mnie.

A gdy przyjdzie mi pożegnać,
Ziemski padół, ten nasz świat.
Nie bądź dla mnie Jezu sędzią,
Lecz jak ojciec, albo brat.

Przytul Jezu mnie do siebie.
Po pielgrzymce ziemskich dróg,
Przyjmji Jezu mnie grzesznego.
Za niebieskich komnat próg.

A gdy przyjdzie chwila zgonu,
Dobry Jezu przy mnie siądź.
Weź mą duszę tam do raju.
i łaskawym sędzią bądź.

Daj mi miejsce w swoim raju,
Choć w kąciku, choć na skraju.
By być tylko z Tobą w niebie,

Całym sercem proszę Ciebie. ❤️❤️❤️.